Ks. Dominik Chmielewski SDB

Ks. Dominik Chmielewski SDB

Ksiądz salezjanin

– Nie mogę jednocześnie być uczniem Jezusa i uczyć, jak na trzydzieści sposobów zabić drugiego człowieka – opowiada ks. Dominik Chmielewski SDB, duszpasterz akademicki, posiadacz trzeciego stopnia mistrzowskiego dan w karate

Z księdzem Dominikiem Chmielewskim SDB, duszpasterzem akademickim, rozmawia Iwona Żurek

Mistrz dalekowschodnich sztuk walki, który potrafił jednym ciosem powalić na ziemię człowieka, jest dziś kapłanem?

Kapłaństwo to był zaskakujący wybór dla wszystkich, którzy mnie wtedy znali. Gdyby ktoś mi powiedział, że wstąpię do zakonu, wyśmiałbym go. Kiedy byłem dorastającym chłopakiem, całe moje życie związane było ze sztukami walki. Trzy razy dziennie ćwiczyłem mentalnie i fizycznie karate. W wieku 21 lat zostałem dyrektorem ds. karate w Polskim Związku Sztuk Walki w Bydgoszczy, mając stopień trzeci dan, szkoliłem ludzi w bojowej odmianie karate. Planowałem wyjechać na Okinawę i trenować pod okiem wielkich mistrzów.

Przez cały ten czas należał Ksiądz jednocześnie do oazy. Nie przychodziło Księdzu do głowy, że to dziwne połączenie?

Dziś dużo mówi się o zagrożeniach duchowych związanych z wchodzeniem w duchowość Dalekiego Wschodu. Kiedy dorastałem, było inaczej. Moi znajomi szli rano do kościoła, wieczorem na jogę, następnego dnia do filipińskich uzdrowicieli i nikt nie pomyślał nawet, że coś tu nie gra. Dziś wiem jedno: to, że osobiście nie odczułem negatywnych duchowych skutków tego, co robiłem, zawdzięczam potężnemu ładunkowi łaski, w którym byłem od dziecka zanurzony. Pochodzę z bardzo religijnej rodziny. Z rodzicami codziennie modliliśmy się na Różańcu, regularnie przystępowałem do spowiedzi, uczestniczyłem w formacji oazowej, kilka razy w tygodniu byłem na Eucharystii. To wszystko sprawiło, że byłem przed złym duchem chroniony jak tarczą Pana Boga.

A jednak przestał Ksiądz trenować karate i teraz twierdzi, że duchowość Dalekiego Wschodu jest nie do pogodzenia z wiarą w Jezusa. Dlaczego?

Stało się to w wyniku wielkiego wstrząsu duchowego, którego doświadczyłem w Medjugorie. Będąc tam, uczestniczyłem w jednym z objawień Maryi na górze Podbrdo. I choć nie byłem świadkiem żadnego spektakularnego cudu, w czasie objawienia wyraźnie zobaczyłem różnicę pomiędzy pozorną harmonią, której doświadczałem podczas medytacji zen, a prawdziwym pokojem serca, który jest darem Ducha Świętego. A co najważniejsze, na tej górze po prostu przyszła do mnie Maryja i Jej nieprawdopodobne piękno i miłość, które przeniknęły moje ciało i duszę, dosłownie powaliły mnie na ziemię. Uświadomiłem sobie różnicę pomiędzy obrazem Maryi, który miałem w głowie – wyniosłej Królowej siedzącej na tronie, bardzo odległej i niedotykalnej – a tym, jaka Ona jest naprawdę. Nieprawdopodobnie bliska, czuła i delikatna.


I to powaliło karatekę?

Tak naprawdę Maryja, przy całej swej delikatności i kobiecości, jest największą wojowniczką świata. Ma całą moc Boga potrzebną, by zwyciężyć Szatana. Zarazem potrafi oczarować serce każdego mężczyzny i kobiety na świecie. Spotkanie z Nią tak mnie odmieniło, że kiedy wróciłem do domu, nie poznawali mnie nawet rodzice. Chłopak, który z trudem odmawiał jedną dziesiątkę, nagle nie rozstawał się z Różańcem. Mało tego, na treningu namówiłem moich kumpli karateków, by odmawiali Różaniec zamiast medytować. I oni to zrobili! A później mówili: „Stary, my też chcemy doświadczyć tego, co ty!”. Ponadto, kiedy zacząłem głębiej wchodzić w duchowość chrześcijańską, zobaczyłem to, co wcześniej było dla mnie jakby zakryte: że nie mogę jednocześnie być uczniem Jezusa i uczyć, jak na trzydzieści sposobów zabić drugiego człowieka. Dodatkowo, podczas praktykowania medytacji, zamiast spokoju zacząłem odczuwać niepokój i niemal fizycznie czułem, jak karate odgradza mnie od Jezusa i Maryi. Choć dziś wiem, że nie wszystkie sztuki walki są duchowo niebezpieczne, to było dla mnie potwierdzeniem, że karate w formie, którą trenowałem, nie da się pogodzić z chrześcijaństwem. Więź z Bogiem była dla mnie najważniejsza, dlatego postanowiłem raz na zawsze zakończyć treningi. I wtedy zrozumiałem, że Maryja pragnie, bym się Jej poświęcił całkowicie, został Jej kapłanem. Dziś wiem, że to wszystko nie jest przypadkiem.

Choć nie wszystkie sztuki walki są duchowo niebezpieczne, to karate w formie, którą trenowałem, nie

Muszę się do czegoś przyznać: moja mama poroniła pierwszą ciążę. Kiedy ja miałem się urodzić, lekarze orzekli, że moja szyja jest owinięta pępowiną i w związku z tym prawdopodobnie uduszę się podczas porodu. Mama poprosiła wtedy Maryję: „Ocal mojego syna, a będzie cały Twój, oddaję Ci go na własność”. W czasie porodu pępowina w niewytłumaczalny sposób pękła, a ja urodziłem się zupełnie zdrowy.


Jak w praktyce przejawia się potęga Maryi? Doświadcza jej Ksiądz w swoim życiu?

Wielokrotnie widziałem jak ludzie, którzy przegrywali walkę za walką z grzechem i swoją słabością, zaczynali odnosić zwycięstwo po tym, jak powierzyli się Matce Bożej. Ostatnio modliłem się nad czternastoletnim chłopakiem, który zachorował na zanik trombocytów. Jego wyniki były tak złe, że lekarze bezradnie załamywali ręce. Chłopak niknął w oczach. Zaczęliśmy się wspólnie modlić i prosić Maryję, aby wyprosiła u swojego Syna uzdrowienie dla niego. Poczułem w sercu, że Ona bardzo pragnie, by chłopiec poświęcił Jej całe życie. Zapytałem go, czy chce oddać Maryi całe swoje życie, a on odpowiedział: „tak”. Został całkowicie uzdrowiony.

Dlaczego akurat Ksiądz doświadcza spektakularnych znaków Bożej obecności i mocy, podczas gdy tylu katolików skarży się, że w ich życiu duchowym wieje nudą?

Bóg pragnie uzdrawiać każdego człowieka i czynić cuda w jego życiu. Ale istnieje duża różnica pomiędzy tym, że ktoś wierzy, że Bóg istnieje i nawet spełnia jakieś praktyki religijne, a zaufaniem Bogu i wejściem z Nim w prawdziwą intymną relację. Szatan też wie, że Bóg istnieje, i co z tego? Nauczyliśmy się traktować chrześcijaństwo jako zbiór rytuałów i tradycji. A Jezus mówi wyraźnie w Ewangelii: jeżeli uwierzycie, takie znaki będą wam towarzyszyć: będziecie uzdrawiać chorych, uwalniać od demonów, głosić w mocy Królestwo Boże. To trochę tak, jakby ktoś ci powiedział: Dam ci milion dolarów, a ty na to: E tam, daj mi dwa złote na przeżycie i święty spokój, to mi wystarczy.


Jak dokonać tego przeskoku od wiary schematycznej do wejścia z Bogiem w relację?

Kiedy tylko tego zapragniesz z całego serca, Bóg natychmiast cię odnajdzie. Prosta rzecz, jeśli chcesz spotkać Boga, musisz zdecydować, że priorytetem w twoim życiu będzie modlitwa. Ludzie mówią: nie mam czasu się modlić, bo mam dużo pracy. A ja odpowiadam: Powiedz prawdę, nie modlisz się, bo Bóg nie jest dla ciebie ważny. Zaniedbujemy w życiu te osoby, które nas niewiele obchodzą. Jeśli chcę na serio doświadczać Bożej mocy w życiu, to muszę postawić Boga na pierwszym miejscu. Kiedy modlitwa będzie dla ciebie najważniejszą czynnością w ciągu dnia, ważniejszą niż praca, niż fejs, przyjaciele, pasje, wtedy zacznie się wszystko zmieniać. Zaczniesz poznawać Boga, a On będzie objawiał się Tobie w fascynujący sposób! I druga rzecz: jeśli chcesz, by Bóg działał, zgódź się na próby wiary. Ludzie chcą, by Bóg działał cuda, ale tylko na ich warunkach świętego spokoju. Boją się ryzyka, tego, że będą musieli zmienić plany, bo Bóg jest pełen tajemnic i niespodzianek w realizowaniu planu, który ma dla ciebie. Bóg chce w tej próbie, którą dopuści, okazać ci swoją moc i potęgę. A my Mu wtedy mówimy: to ja dziękuję za Twoje cuda, ja chcę mieć spokój, życie łatwe i przyjemne. Niedawno rozmawiałem z dziewczyną, która pięknie śpiewa, wiązała z tym swoją przyszłość i nagle się okazało, że ma nowotwór krtani. Była zdruzgotana, ale powierzyła się z ufnością Bogu, oddała całkowicie Maryi swój głos i plany życiowe i zaczęła uwielbiać Boga w tej trudnej sytuacji. I rak zniknął, lekarze orzekli zdumieni, że jest całkowicie zdrowa.

Nie mogę jednocześnie być uczniem Jezusa i uczyć, jak na trzydzieści sposobów zabić drugiego człowieka

Ale co z osobami, które modlą się naprawdę długo o jakąś łaskę i przez lata jej nie otrzymują?

Tu trzeba odróżnić dwie sprawy: jest wiele osób, które modlą się o coś latami, ale w głębi serca nie chcą żeby się coś zmieniło, boją się zmian. Kobiety uwikłane w toksyczne relacje, modlące się o rozwiązanie sytuacji, a tak naprawdę myślące: lepszy taki niż żaden. Ludzie proszący o uwolnienie z grzechu, w którym po prostu lubią tkwić, bo jest przyjemny i załatwia im jakieś nierozwiązane problemy emocjonalne. Ale rzeczywiście często jest tak, że człowiek prosi o coś na serio, a Bóg jakby zwleka. Dlaczego? Bo chce budować nasz charakter. Chce, żeby nasza determinacja i siła wiary wzrastały w tej walce z grzechem, byśmy do Niego zbliżali się przez nią jeszcze mocniej. Albo mogli później iść do innych i pocieszyć ich w walce: ja też długo walczyłem i teraz jestem wolny, Bóg zwycięży, ufaj. Bóg chce dać nam wszystko: uzdrowienie ran, uwolnienie z więzów grzechu, całe Królestwo Niebieskie, wszystkie jego bogactwa. Ale my musimy chcieć to przyjąć, stanąć przed Nim w pokorze i się uniżyć.


Pokora i uniżenie to bardzo niepopularne dziś słowa. Niejeden psycholog by powiedział, że to niezdrowe, bo obniża poczucie własnej wartości.

Pokora i uniżenie, do których zaprasza Bóg, nie mają nic wspólnego z dołującym samooskarżaniem się: jestem beznadziejny, nic mi nie wychodzi. To Szatan wciąż próbuje nam coś takiego wmówić. Chrześcijaństwo jest największym dowartościowaniem człowieka, jakie można sobie wyobrazić. Zawsze powtarzam penitentom: pamiętaj, „beznadziejny grzesznik” to nie jest twoje imię. Jesteś dzieckiem Boga, synem, córką Króla Wszechświata, obmytym w drogocennej krwi Jezusa! Masz całą moc Ojca Niebieskiego, aby żyć zwycięskim życiem w każdej chwili! Daj rękę Maryi, zaufaj Jej, a zobaczysz cuda na własne oczy!

***
Ks. Dominik Chmielewski SDB (1973) w młodości przez 15 lat trenował dalekowschodnie sztuki walki. W 2005 r. przyjął święcenia kapłańskie w Towarzystwie Salezjańskim. Od czterech lat pełni funkcję duszpasterza akademickiego na UKSW.